Home | Słabe to Essen?

Słabe to Essen?

Wiem że to nie wypada. Ale nic nie poradzę. Co ja mogę za to, że akurat w roku w którym koledzy wybrali się na Essen pierwszy raz gry które tam miały premierę tak konsekwentnie mnie rozczarowują? Na razie przetestowałem wprawdzie tylko kilka z nich, ale z drugiej strony też tylko kilka pozostało na radarze. Wnioski nie są za dobre, wygląda na to że ten rok był wyjątkowo kiepski. Postanowiłem – nawet dla rozjaśnienia umysłu – podsumować krótko te, w które już grałem i te, na które jeszcze czekam i mam nadzieję. Zastrzegam, że to podsumowanie będzie subiektywne.

Zagrałem….

Space Alert – na tę grę liczyłem najbardziej. To w zasadzie był pewnik. Kupiłbym w ciemno, gdybym miał okazję. Jak dotąd zagrałem cztery razy i… im bardziej trudniejszy poziom, tym gorsze mam wrażenia. Ta gra wrzuca graczy w stresową i kryzysową sytuację i każe im sobie radzić. Wydaje się bardzo trudna, choć z drugiej strony jeszcze nie zdarzyło mi się przegrać. Ale wszystkie te wygrane były jakby przypadkiem. Mimo działań graczy. O ile w pierwszych rundach jeszcze można coś planować, opanować sytuację, to potem już raczej gra toczy się przypadkowo. Ani razu nie udało nam się na przykład zrobić rzeczy kluczowej dla skutecznego grania – policzyć w której rundzie wrogowie będą do nas strzelać i których z tych strzałów musimy uniknąć. Dodatkowa zasada mówiąca że strzały uszkadazają wybrany element naszego statku i ten element jest odtąd nieczynny już w zupełności uniemożliwiają planowanie. Tak więc rozgrywka wygląda tak, że ustalamy coś tam na pierwsze rundy, a potem już tylko mniej więcej. W końcówce każdy działa już na własną rękę i czasem szczęśliwie uda mu się zrobić coś sensownego, a może nawet uratować misję.  Tak więc – zagrałem u kolegi, nie kupię.

Dominion – doceniam tę grę jako lekką karciankę z ogromną liczbą możliwych wariantów. Gra się fajnie, ale: gracze dostają na początku trzy karty śmieciowe i siedem kart z jedną monetą. Gra polega na tym, że z tej puli dociąga się rękę złożoną z pięciu kart i coś tam się robi. Na końcu za pieniądze można kupić jedną nową kartę i dołożyć do puli. Tę pulę w kółko się tasuje (gdy się kończy) i od nowa z niej dociąga. Bardzo dużo zależy ( w sensie tego kto wygrywa) od tego jak początkowe karty przyjdą w dwóch pierwszych rękach. Czy będzie to: 3 złota + 4 złota, czy też 2 złota + 5 złota. Nie wiadomo przy tym, który zestaw jest lepszy – to zależy od tego jakie karty są w ogóle w grze. Czasem możliwość kupienia karty za 5 już na początku daje wielką przewagę, a czasem lepiej mieć kartę za 3 i za 4 na początku. Kolejny mój zarzut to niewiele decyzji do podjęcia. Ot, dociągam karty, używam ich (pozwalają najczęściej szkodzić przeciwnikom lub dociągać więcej kart na wiele różnych sposobów), na końcu zostaję z jakąś kasą na ręce i za nią coś kupuję. Sposób użycia kart jest oczywisty gdy już je dociągnę, jedyna sensowna decyzja polega na tym, co teraz kupić. Z drugiej strony mam określoną ilość złota – i niewiele kart do wyboru. Nie ma też żadnych racjonalnych przesłanekkierujących tym wyborem – nie sposób przewidzieć co będzie lepsze. Tak więc – lekki chwiler, w którym w kółko się tasuje karty, dociąga rękę, rzuca kilka kart i kupuje coś odrzucając całą rękę. Gdy zdążę dociągnąć kolejną rękę, najczęściej już znowu jest mój ruch (tury gracza są naprawdę błyskawiczne). Niewiele się gada, bo nie ma na to czasu. Czyli – zagrałem u kolegi, może kupię jeśli spodoba się mojej żonie i będzie tanie. Ale nic szczególnego.

Axiompisałem o tej grze przed targami, wydawała mi się ciekawa. W sumie zapewne jest, ale po jednej partii nie da się tego powiedzieć. Partia została rozstrzygnięta przypadkowo – bardzo łatwo się podłożyć na początku. To akurat mogłaby być gra, w którą grałbym więcej, jednak nie będę mógł tego sprawdzić z braku graczy. W dodatku wykonanie gry nie jest tak wystrzałowe jak na zdjęciach reklamowych, no i ograniczona dystrybucja  w zasadzie uniemożliwia jej zdobycie bez wielkiej motywacji. Zagrałem u kolegi i nie kupię.

Comuni – gra o rozwoju i obronie włoskich trzynastowiecznych miast przed agresją z zewnątrz, pięknie wykonana, której akcja toczy się w moim ulubionym chyba miejscu i czasie. Cóż więcej chcieć? A jednak można. Chociaż mechanika ciekawa, fajny pomysł z pulą kart do wylicytowania i z metodą licytacji przypominającą (nieco) moje ulubione Sestimesti i Amun-Re. Rzetelnie zaprojektowany sposób budowania miast i ciekawe rozgrywanie najazdów. To wszystko jest niezłe i nawet działa, problem jednak w tym, że nie tak dobrze jakbym chciał. Ciągły brak zasobów oraz bardzo krótkie fazy powoduje, że licytacja o karty nie rozwija skrzydeł – potrzebujemy kart szybko i nie można sobie pozwolić na ryzyko ich nie otrzymania, stąd licytujemy raczej tak żeby nikt nas z upatrzonej karty nie wygonił, bo może nie być dobrego miejsca do przejścia, a poza tym przejście kosztuje cennego pielgrzyma (czyli sztampową brązową kosteczkę). Gra ma eurogrową, mocno abstrakcyjną mechanikę, ale trwa za krótko żeby można było tą mechaniką się naprawdę bawić. Zagrałem u kolegi i muszę zagrać jeszcze przynajmniej raz.

Diamonds Club – to najsolidniejsza pozycja z poznanych dotąd. Muszę przyznać, że bardzo podobała mi się metoda kupowania kafelków, a to co jest potem też nie odrzucało – dość standardowe kupowanie elementów wystroju ogrodu i końcowe punktowanie za różne zestawy tych elementów. Wrażenia bardzo pozytywne, jednak znowu – kupować? A po co? Z kim ja będę w to grał? Przecież mam już Goa, podobną grę jeśli chodzi o ciężar. I ta Goa leży na półce. Grałem w nią ostatnio w maju 2006. Zagrałem u kolegi i zawsze chętnie zagram znowu. Ale nie kupię.

Le Havre – oj, będzie flejm ;-). W tej grze jest milion kart z budynkami. Gracze w swoim ruchu mogą dobierać zasoby, które gromadzą się na polach na planszy lub korzystać z budynków będących w grze. Te budynki pozwalają czasami budować nowe budynki. W tym wszystkim trzeba się czasami wyżywić, co może być niekiedy trudne. A chodzi o to, żeby zyskać jak najwięcej kasy – zarówno w żywej gotówce, jak i w nieruchomościach, które możemy budowac za zasoby, a mają wartość w pieniądzu. No i fajnie wszystko chodzi, budynki ok, mechanika spoko, ale… No cóż – wspominałem że to będzie subiektywne – gra mi nie leży. Nie potrafię kontrolować tego miliona budynków które są u innych graczy, męczy mnie downtime (choć nie jest monstrualny), dołuje mnie długość rozgrywki (choć nasza była wyjątkowo szybka jak na tę grę). Grałem tak, że albo brałem te zasoby, które akurat się uzbierały w większej liczbie, albo wypatrywałem coś tam wśród budynków i planowałem na kilka ruchów do przodu próbując kupić coś atrakcyjnego lub zamienić zasoby na kasę. Ot jeśli przypadkiem spostrzegłem jakąś okazję, to z niej korzystałem, ale kontroli nie miałem nad grą żadnej. Zagrałem u kolegi i więcej nie czuję potrzeby.

The Name of the Rose – pierwsza rozgrywka raczej mnie rozczarowała. Jednak w miarę gdy poznawałem kolejne gry z Targów, ta gra stopniowo zyskiwała w porównaniu do ogólnej mizerii. Gdy okazało się niedawno, że graliśmy źle, mam ta gra zyskała dodatkowo. Nie było dobrze, niewiele decyzji czy pola do popisu dla umysłu, ale nie było też źle. A po korekcie zasad może być nawet nieźle. Zagrałem u kolegi i zagram jeszcze raz. Może nawet w końcu kupię.

Rhytme and Boulet – ile dorośli faceci mogą siedzieć i klepać się po udach? Może i było wesoło, ale tylko przez chwilę. Kilka taktów można zagrać, po pierwszym refrenie zaczyna się nudzić.  Nie rozumiecie? Przeczytajcie co to za gra. Zagrałem u kolegi, nie kupię. Ale jeśli cała impreza będzie chciała w to grać, to nie będę stał pod ścianą i też zagram.

Say anything! – gra imprezowa, w której gracze losują kartki z pytaniami typu “jaki jest mój ulubiony kolor”, “co według mnie jest najgorsze/najlepsze w byciu mężczyzną/kobietą”, “jaka jest najobrzydliwsza rzecz do pocałowania” itp. Zadają jedno z tych pytań pozostałym, a oni na karteczkach zapisują odpowiedzi. Pytający wybiera jedną z odpowiedzi, a pozostali obstawiają kto był najbliżej (po odsłonięciu wszystkich propozycji). W zależności od tego jak dobrze odpowiadaliśmy i obstawialiśmy, zarabiamy więcej lub mniej punktów. Cóż – jak dla mnie straszna nędza. Pytania zupełnie nie rozkręcają imprezy, niekiedy naprawdę trudno wybrać coś zabawnego. W efekcie wieje nudą, albo zaczynają krążyć ekstremalne dowcipy, powtarzające się w kolejnych pytaniach (u nas niemal niezależnie od pytania pojawiała się wśród odpowiedzi “toi toi”). Zagrałem, nie kupię. Nie wezmę za darmo. Za dopłatą nawet nie wezmę.

Ciągle czekam….

Pozostaje jeszcze kilka gier, które niosą ze sobą nadzieję. Może wśród nich są prawdziwe hity. Ale to niezgodne z rachunkiem prawdopodobieństwa – jakiego trzeba mieć pecha żeby grać akurat w to co słabe, a omijać to co dobre? No, ale wymienię dla porządku to co jeszcze przede mną.

Leader 1 – faworyt na moją gwiazdę Essen’08. Kolarska tematyka, wyścigowa mechanika – mam słabość do obu tych elementów. Zapowiadała się świetnie, niestety moi koledzy nie wiedzą na co zwrócić uwagę na targach i tę grę ominęli jakoś.

Ghost Stories – jajcarska gra kooperacyjna, może da radę zastąpić rozczarowujący Space Alert.

Snow Tails – nie liczę na wiele, to chyba zbyt prosta gierka jak dla mnie. Mimo że wyścigowa, mimo ciekawego mechanizmu jazdy z uślizgiem. Ale kto wie – może gdy zagram, padnę na kolana?

Hab & Gut – pisałem o tej grze wcześniej, zaciekawiła mnie mechanika. Gra pojawiła się na spotkaniach w Poznaniu i była tam grana i chwalona. Dobrze rokuje.

Supernowa – miałem na radarze przed Essen, ale Szymon mi uświadomił, że nie ma sensu specjalnie się wysilać żeby tej gry spróbować. Nie spodoba mi się. Nie zawsze zdanie Szymona jest zgodne z moim, ale tu raczej ma rację. W dodatku on jest fanem gier w kosmicznych klimatach, a ja – antyfanem.

Cavum – to tak dla porządku, przez szacunek dla autorów. Raczej mnie nie porwie, ale spróbuję prędzej czy później.

Im Schutze der Burg – Szymon odradzał. Pancho odradzał. Ale są też głosy w drugą stronę. Gra do sprawdzenia. Muszę sam sobie wyrobić zdanie.

Tulipmania 1637 – Gra nie zdążyła na Essen, ciągle na nią czekam. Muszę w nią zagrać, nawet jeśli to miałoby oznaczać kupienie w ciemno.

Wind River – wcześniej nie zwróciłem uwagi na ten tytuł, ale po opisie mst trafiła na mój radar. Rodzinna gra o bizonach, mechanika chyba daje radę. Może mi się spodobać, choć gwiazdą raczej nie zostanie.

About Maro86_BG

Avatar

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

Advertisment ad adsense adlogger