Niebożęta, sieroty po Smolnej i reszta wolnych kompanów ma w piątkowe wieczory utrudnione zadanie. Pojawiła się dziura spotkaniowa i nie ma jeszcze jasno wyklarowanej stałej miejscówki. Co się najprawdopodobniej zmieni w ciągu najbliższych tygodni, ale póki co trzeba kombinować: Paradox, Monsoon Cafe czy inne. Tym razem padło w końcu na Monsoon Cafe.
W tej kawiarni byłem po raz pierwszy. Początkowo obawiałem się, że będę musiał zmierzyć się z miejscowym Wielkim Przedwiecznym, czyli spółką Tramwaje Warszawskie, bo okoliczne torowiska w Alejach Jerozolimskie są w remoncie i bywają tam poważne korki. Drugim problemem, mogły być Hordy Piekielne, czy Zarząd Dróg Miejskich, bo Monsoon to same centrum i są tam problemy z parkowaniem. Jak się okazało diabeł nie był taki straszny jak go malują, bo i dojazd był w miarę szybki, a i miejsc parkingowych do wyboru do koloru.
Wystrój w środku nowoczesny, przytulny, całkiem sporo miejsca. Obsługa sympatyczna w postaci dwóch młodych dziewczyn i prawdopodobnie właściciela lokalu. Jak to w kawiarni asortyment składa się głównie z napojów, do jedzenia co najwyżej ciastka i kanapki. Ale te ostatnie muszę przyznać wyśmienite, polecam kanapkę salami na gorąco z sosem, po prostu miód malina! Dobra, ale to co najważniejsze z punktu widzenia planszówkowicza to jak stoliki? Są trzy stoliki większe, prostokątne, a pozostałe są mniejsze i okrągłe. Nie są duże i na pewno mogą pojawić się problemy z niektórymi grami, ale nam wystarczyły. Nawet Fire & Axe, A Game of Thrones czy Pitchcar mini mieszczą się bez większych problemów.
Monsoon Cafe ma też na wyposażeniu swoje gry i to w całkiem pokaźnej ilości, m.in. Pylos, Abalone, Niagara, Pola Naftowe czy Wsiąść do Pociągu. Podrzuciłem im też pierwszy numer Świata Gier Planszowych, aby przypadkowy klient mógł się przy interesującej lekturze zrelaksować 😉 Jako, że gdy wpadłem do kawiarni był tylko gigi, a reszta graczy jeszcze nie dotarła, zaproponowałem, aby skorzystać z zasobów kawiarni. I tak pojawił się na stole…
Pylos
Mój kontakt ze współczesnymi grami logicznymi należy do sporadycznych. Głównie dlatego, że w dzieciństwie zbyt dużo w nie grałem. Akurat ten gatunek w PRL nie był wcale ignorowany i co jak co, ale abstrakcyjnych gier logicznych pojawiało się dużo. Dzisiaj wolę spędzać czas przy bardziej klimatycznych pozycjach, z bardziej rozbudowanymi mechanikami. Co nie oznacza, że klasycznych gier logicznych nie lubię.
Pylos to oczywiście pozycja przez wielu z was dobrze znana i nie będę tutaj się nad nią rozpisywał. Zagraliśmy z gigi trzy szybkie partyjki, w jednej dość szybko, serią lewych i prawych sierpowych gigi mnie znokautował i padłem na deski. W pozostałych dwóch trzymałem gardę wysoko i wykorzystywałem przewagę wzrostu. Serią precyzyjnych uderzeń to ja go zmusiłem do pozbycia się wszystkich swoich kul i ostatecznie wygrałem 🙂
Pylos okazał się bardzo fajną, szybką i grywalną pozycją, trochę żałuję, że przez tak długi czas go ignorowałem. Teraz będę musiał to nadrobić.
6 Nimmt!
Pojawił się jax, ale nadal było nas za mało, aby rozpocząć coś poważnego. To zagraliśmy w coś niepoważnego i odpaliliśmy partyjkę 6 Nimmt! Jax ma już swoje lata i skleroza w tym okresie nie jest niczym nadzwyczajnym, tak więc spędził on pierwszą rundę na przypominaniu sobie zasad, co oczywiście skończyło się dla niego stratą wielu punktów. Zdążyliśmy rozegrać jeszcze jedną partię po czym pojawili się spóźnieni Browarion i Lim-Dul.
Przeszliśmy do gwoździa programu, czyli zapowiadanego A Game of Thrones. Rozłożyliśmy planszę, żetony, wytłumaczyliśmy reguły. Jednak przyszedł Don Simon i zaczął się niespokojnie kręcić. Co pewien czas zatrzymywał się w miejscu, podkładał pięści pod brodę i wpatrywał się w nas szeroko otwartymi oczami niczym pamiętny Kot w Butach z Shreka 2. Długo nie wytrzymaliśmy na taką postawę i trzeba było zrezygnować z gwoździa programu i podzielić się na dwie grupy. Tak połowa z nas rozpoczęła grę w Goa, a druga w Fire & Axe.
Fire & Axe
Ja z oczywistych względów (znałem zasady) znalazłem się w grupie wikingowej. Dołączył do niej też jax, Browarion i Don Simon. Rozgrywka pokazała swoje najlepsze cechy i bawiliśmy się pierwszorzędnie. Było sporo zagrywania na siebie wzajemnie kart, farciarskich rzutów kostką (i na korzyść i na niekorzyść), jedynie zwycięstwo przeszło w dość oczekiwane ręce, czyli moje 🙂 Choć Browarion groźnie deptał mi po piętach i miałem nad nim przewagę jedynie trzech punktów. Jax rozgrywkę przeprowadził dość chaotycznie stąd jego wynik nie należał do zbyt udanych.
Finał rozgrywki miał też swoje przykre zakończenie. Don Simon niezadowolony swoim marnym wynikiem próbował poważnie naruszyć reguły rozgrywki. Mianowicie wykonał ostatnią Sagę i w tym momencie następuje natychmiastowe zakończenie gry. On jednak stwierdził, że zapomniał użyć jeszcze jednej karty i że chce to zrobić teraz. Było to z oczywistych względów niedozwolone i nie pozwoliłem na takie naruszanie dobrych manier i żelaznych reguł Fire & Axe. Co oczywiście skończyło się z oskarżeniami i skargami wyżej wspomnianego Don Simona. Tak to jest jak się zgadzasz na grę z dziećmi. W cywilizowanym kraju i w cywilizowanych czasach jakbyś po przegraniu 1 000 $ w pokera stwierdził, że chcesz jeszcze cofnąć swój ruch i wymienić inną kartę, bo się pomyliłeś, to dostałbyś kulkę między oczy. Niestety dzisiaj takie odzywki uchodzą płazem 🙂
Pitchcar mini
Na koniec wieczora udało się rozegrać jeszcze dwie partyjki w Formułę 1. Wyścigi były dość dziwne, faworyci zawiedli, było mnóstwo popełnianych błędów i bolidy niezbyt szybko pokonywały okrążenia. Do tekstów wyścigu należało powiedzenie “Poznajcie Janka” odnoszące się do Lim-Dula i jego taktyki. Generalnie dokonywał cudów i szybko cię wyprzedzał, ale od tej pory stawał się czerwoną latarnią wyścigu i kompleksowo blokował drogę. I tak w kółko – wyprzedziłeś go, atakował i cię omijał, a później wlókł się niemiłosiernie, blokując wszystkie możliwe przewężenia dróg i prowokując do popychania go swoim bolidem. Taktyka może kontrowersyjna okazała się skuteczna i w obu wyścigach zajął ładną pozycję.
Tyle lit
er już napisałem, a wciąż nie napisałem nic o Don Simonie 🙂 Ten, wiedząc, że nie będzie zestresowanego draco, z którego mógłbym się nabijać, powinien w czasie Pitchcara mini być czujnym i nic głupiego nie robić. Niestety Szymon w Pitchcarze dostaje jakieś wewnętrznej blokady i zaczyna tworzyć widowisko. Widowisko śmiechu i nieprawdopodobnych sytuacji. Don Simon słynny jest z historycznego wydarzenia czyli trzykrotnego odbicia się od namalowanej na torze mety (wielu ludzi w to nie wierzy). Myślałem, że tamto wyzwanie było wysoko postawioną poprzeczką, ale się myliłem. Tym razem Don Simon dokonał cudu nie przejechania małego zakręciku w ciągu sześciu (sic!) kolejnych pstryknięć. W końcu za siódmym razem mu się to udało, choć też nie do końca bo go ściął. Darowaliśmy mu to jednak, bo już był istnym kłębkiem nerwów i stan emocji mógł zagrozić jego zdrowiu psychicznemu. Niesamowity kierowca 🙂
Pod koniec Pitchcara panie z kawiarni dawały nam już umówione znaki przygaszaniem świateł, że trzeba się zbierać. Zebraliśmy co nasze i pożegnaliśmy miłą Monsoon Cafe. Jeszcze parę zdań przed wejściem i oddaliśmy się każdy w swoim kierunku.
GAMES FANATIC Portal Miłośników Gier Planszowych