Home | Planszomaniacy, a zwykli graczy – w poszukiwaniu różnic

Planszomaniacy, a zwykli graczy – w poszukiwaniu różnic

Każdy mój wyjazd w celach wypoczynkowych, czy to wyprawa na majówkę, ferie, wakacje, albo nawet na działkę, związana jest z wzięciem ze sobą gier. Pozwala mi to na dość regularne granie po pierwsze z ludźmi, którzy we współczesne planszówki nie grają i mają o nich znikome pojęcie, a po drugie granie z ludźmi obytymi do pewnego stopnia, ale takimi, którzy sami gier nie kupują i nie śledzą sytuacji na rynku. Obserwacja zachowania takich graczy to wiedza iście bezcenna, która przydaje się przy ocenianiu konkretnych gier, jak i materiał wejściowy do wysnucia różnych teorii na temat planszówkowania jako takiego.Z drugiej strony dość regularnie bywam na spotkaniach planszówkowych. Pojawiający się tam – że tak brzydko powiem – okaz ludzki jest zupełnie inny. Są to przede wszystkim osoby, które kochają gry, które obficie marnują czas na planszówkową rozrywkę. Co więcej regularnie kupują oni gry na własność i z uwagą śledzą rynek. Ich doświadczenie sięga często setek tytułów, a wiedza dotyczy najbardziej szczegółowych mechanizmów i niuansów gry. Jednym słowem planszomaniacy charakteryzują się kompletnie innym podejściem do gier niż grupa wymieniona w poprzednim akapicie.

Co jednak najciekawsze, obie grupy mają swoje zachowania, które uwielbiam i przypadłości, których wręcz nienawidzę!

Początki i końce

Przewaga gier komputerowych (czy konsolowych) nad planszowymi uwidacznia się dość wyraźnie w momencie gdy chcemy rozpocząć lub zakończyć zabawę. W rozrywce elektronicznej uruchamiamy program i za kilka sekund się już bawimy. Podobnie jak chcemy zakończyć grę to ją wyłączamy i już, posprzątane. Planszówce, jak każdy wie, towarzyszy cały żmudny ceremoniał wyciągania elementów z wyprasek czy torebeczek, umieszczania ich na właściwych miejscach, dzielenia na kupki, odliczania, tasowania, rozdawania i niewiadomo co jeszcze. A po rozgrywce znowu trzeba wszystko posortować, uporządkować, złożyć, zamknąć w torebki albo rozłożyć w wyprasce. Nużąca konieczność znana każdemu.

Uwielbiam początki i końce z planszomaniakami. Każdy z nich wielokrotnie gry kupował, jeszcze więcej razy musiał te gry przynosić do pogrania, a co za tym idzie rozstawiał je i chował po skończonej partii. Każdy z nich dobrze wie jak to jest upierdliwe i jak przydaje się każda bezinteresowna pomoc. Stąd ZAWSZE planszomaniacy wyrywają się do pomocy. Rwą się do ustawiania elementów na planszy, tasowania kart, dzielą się obowiązkami. Podobnie na koniec gry. Nikt nie odchodzi od stołu dopóki wszystko nie zostanie posprzątane, ciągle padają pytania gdzie włożyć to, a gdzie tamto. Właściciel gry sam często nie zdąży się za cokolwiek złapać, a już wszystko jest na swoim miejscu w pudełku. Jest to wspaniałe.

Ze zwykłymi graczami początki i końce to horror. Większość graczy da się zagonić w okolice stołu z grą jak już wszystko jest ustawione na swoim miejscu. Wcześniej wręcz w przedziwny sposób teleportują się w jak najodleglejsze miejsca globu. Dosyć ciekawym (i z naukowego punktu widzenia intrygującym) zjawiskiem jest motyw z wymijaniem się graczy. Powiedzmy, że rozgrywka wymaga pięciu graczy i dopóki wszystko nie jest ustawione przy stole ta piątka się w całości nie pojawi. Będzie ich przez pewien czas czterech, a jak przyjdzie piąty to w tym samym momencie okaże się, że nie ma pierwszego, bo musiał załatwić jakąś sprawę. Pierwszy wreszcie przyjdzie, a tu brakuje drugiego, bo zachciało mu się siku. I tak w kółko Macieju.

Jeszcze gorsze są zakończenia gry. W momencie gdy pada hasło, że to koniec i okazuje się kto został zwycięzcą, uczestnicy gry w magiczny sposób się ulatniają. Towarzyszy temu jakby odgłos pęknięcia bańki mydlanej (a jak kto woli odgłos wyskakującego korka od wina) i w zasięgu wzroku nie ma już żywej duszy. Tacy gracze nie czują najmniejszego związku z potrzebą uczestniczenia w sprzątaniu. Jeszcze gorzej, jak się na to zwróci uwagę to potrafią rzucić wzrokiem, mówiącym: “No co? Zrobiliśmy ci przyjemność, pograliśmy w twoją grę to chociaż sam ją złóż!”. Jest to okropne.Rozgrywka

Rozgrywka to meritum całego planszówkowego spotkania. Przeniesienie się myślami do opisywanej tematyki, odnalezienie się w dostarczonej przez grę roli i za pomocą ściśle określonych mechanizmów dążenie do celu. Wszystko w bezpośrednim kontakcie z innymi ludźmi, którzy śmieją się, rozmawiają, na bieżąco komentują swoje ruchy.

Uwielbiam rozgrywki ze zwykłymi graczami. Każdy tytuł, każda rozgrywka to dla nich przygoda i świeżość. Potrafią emocjonalnie zaangażować się w grę, a przede wszystkim dobrze bawić. Nie szukają na siłę błędów, nie wspominają innych podobnych tytułów gier (bo często ich nie znają albo nie czują podobieństw). To jest właśnie istota grania w planszówki, czerpanie z nich radości i spędzanie miło czasu. I to zupełnie luźne podchodzenie do doboru tytułów. To może zagramy w to? Oczywiście. A może w tamto? Pewnie. A może lepiej to spróbujemy dzisiaj? Znakomicie. Co więcej mówić. Jest to wspaniałe.

Z planszomaniakami bywa często wesoło, a rywalizacja stoi na bardzo wysokim poziomie. Niestety równie często ich wiedza, doświadczenie czy przywiązanie do szczegółów stoją na przeszkodzie do zbudowania miłej atmosfery. Planszomaniacy potrafią marudzić w czasie rozgrywki. Jeżeli natrafią na niedopracowane elementy gry nie zostawią na niej suchej nitki. Jeżeli nie będzie spełniać ich preferencji skomentują to głośno. Jeżeli w okolicy pojawi się inny planszomaniak to będą go ścigać wzrokiem, zmuszą do zbliżenia się w zasięg głosu i wylewnie opowiedzą co tej grze brakuje albo jak jest słaba i przeciętna. Planszomaniacy umieją psuć świętą atmosferę rozgrywki jak nikt inny. Doprowadzą do sytuacji, że przez głowę przelatują brutalne myśli: “Baranie, po co ty siadłeś do tej gry jak Ci nic nie pasuje?”. Zblazowanie, krytyka i wyszukiwanie potknięć to ich chleb powszedni. Jest to okropne.

Tłumaczenie zasad

Aby rozgrywka miała jakikolwiek sens wszyscy gracze muszą wiedzieć co można, a czego nie. W jaki sposób osiąga się konkretne cele, do czego służą poszczególne elementy gry. Od tego jest osoba przynosząca dany tytuł, żeby zapoznać wszystkich z regułami i rozstrzygnąć ewentualne wątpliwości.

Uwielbiam tłumaczenie planszomaniakom. O ile tylko nie zwycięży u nich dowcipkowanie i g
łupawka to bywa wręcz idealnie. Planszomaniacy z uwagą słuchają wszystkich zasad, bo dobrze wiedzą, że każde niezrozumienie będzie ich gorzko kosztować podczas rozgrywki. Stąd dopytują się, uściślają, tłumaczą sobie wzajemnie reguły. Posługują się przykładami, żeby zobrazować sytuację, których nie rozumieją. Nie tracą czasu na roztrząsanie elementarnych fragmentów. Co więcej potrafią wskazać miejsca, o których zapomniał sam tłumaczący. Jest to wspaniałe.

Czasami zdaję mi się, że jak tłumaczę zasady zwykłym graczom to jakbym znalazł się w lesie i próbował wyjaśnić reguły gry otaczającym mnie drzewom. Gracze mimochodem się wyłączają, a ich mózgi wrzucają na luz. Dość często gracze wstydzą się lub nie czują potrzeby wyjaśniania rzeczy, których nie zrozumieli. Wychodzą z założenia, że jakoś to będzie. Kończy się to najczęściej tym, że trzeba kolejny raz powtarzać reguły podczas pierwszych kolejek. Równie często bywa, że normalni gracze rozpoczynają w trakcie tłumaczenia rozmowy o dupie Maryni, nie zwracając najmniejszej uwagi na tłumaczącego. Człowiek czuje się jak program TV, któremu stopniowo ścisza się fonie za pomocą pilota. Jest to okropne.

Podejście do gier

Gra to specyficzny twór, który kryje w sobie bardzo często element rywalizacji i rozrywki. Stąd można do nich podchodzić na luzie albo wręcz przeciwnie bardzo poważnie i pedantycznie.

Uwielbiam swobodne podejście do gier zwykłych graczy. Kwestia zwycięstwa w grze nie jest dla nich najważniejsza, nie przesłania im całego świata. Wygrają, przegrają, będą ostatni. Co to ma za znaczenie. Nie zwracają większej uwagi na potknięcia tłumaczącego, są w tej kwestii niesamowicie wyrozumiali. Który z nich będzie przypominał ci, że kiedyś zrobiłeś jakiś błąd w grze? Żaden. Coś się źle rozdało, elementy gdzieś zostały źle rozłożone? Co to ma za znaczenie, wrzućmy tu, uporządkujmy tak i grajmy dalej. Nie ma żadnej sprawy, przecież to nie turniej o złote kalesony. Jest to wspaniałe.

Dla wielu planszomaniaków kwestia zwycięstwa to punkt honoru. Jeżeli nie idzie zgodnie z planem to zrobią wszystko, żeby ich podły nastrój poczuła reszta towarzystwa. Atmosfera w takich przypadkach potrafi być daleka od miłego spędzenia czasu przy planszy. Planszomaniacy bywają też upierdliwi do bólu. Pomyłka w rozdaniu? Wszystko od początku. Ktoś coś niechcący podejrzał? Wszystko natychmiast rozłożyć jeszcze raz. Bój się Boga jak przekręcisz coś w regułach. Po partii ostro to skomentują, a wypominać ci będą co najmniej do śmierci. Jako, że każda rozgrywka to walka o złote kalesony, będą siedzieć i myśleć, przedłużać turę w nieskończoność, aby tylko znaleźć ten najbardziej optymalny ruch. Niestety bywa, że kwestia rywalizacji przesłania im zdrowy rozsądek, a luzu kompletnie im brak. Jest to okropne.

Kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem

Piszę wszystko z punktu widzenia obserwatora, a nie świętego, który jest bez grzechu. Tak, aby skłonić do refeksji wszystkich uczestników gier. Chciałem w powyższym tekście zaznaczyć, że kluczowe jest, aby nie popadać w skrajności i nie niszczyć świętej atmosfery przy planszy, nie ważne czy jesteśmy zwykłym graczem czy planszomaniakiem. Jak to bywa z teoretyzowaniem, uogólnia ono cały temat i bawi się w stereotypy. Na całe szczęście w światku planszówkowym wciąż jest mnóstwo ludzi, którzy łączą cnoty planszomaniaków i zwykłych graczy, a demony scalające grzechy obu grup zdarzają się w śladowych ilościach. Oby tylko było tak zawsze.

About jenny

Avatar

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

Advertisment ad adsense adlogger