Ja, Ty, każdy z planszomaniaków ma pewien zbiór wspólnych wrażeń, które doświadczył podczas realizowania się w planszówkowym hobby. Powiedzmy każdy z nas poznał uczucie miłości od pierwszego wrażenia do jakieś gry, albo wprost przeciwnie – niechęci. Każdy miał grę, którą spisał na straty po pierwszej partii, a później okazała się świetna (i znów, czasami bywało przeciwnie). Wielu z was czuje sympatię do danej gry, bo jest piękna, choć głupia, albo mądra, ale brzydka jak jasna cholera. A macie gry, na których widok was mdli?
Mam tu na myśli uczucie mdłości związane z przejedzeniem. Powiedzmy stawiają przed wami jakieś ulubione danie, w nieograniczonych ilościach. Coś co uwielbiacie jeść: spaghetti, pizze, schabowego, winogrona, czekoladę, wstawcie tutaj cokolwiek na co reagujecie mimowolną ślinką lecącą z ust . Zajadacie się tym, nie umiecie opanować się. Czujecie się najedzeni, zaspokojeni, ale przecież nie można zostawić tak dobrego jedzenia na później. I wciągacie dalej, łyżka za łyżką, widelec za widelcem, aż w końcu zaczynacie czuć drapanie w gardle. Zaczyna boleć was brzuch. Jednym słowem mdli was z przejedzenia.
Ostatnio przeglądając sobie szafkę w poszukiwaniu ciekawej gry dla gości, którzy mnie odwiedzili, zdałem sobie sprawę, że mam na półce gry, na których widok mnie mdli. Są to najczęściej dobre lub bardzo dobre planszówki (przynajmniej, które ja uważam za dobre), przy których się świetnie bawiłem i których nie chciałbym się pozbywać z kolekcji. Jednak swego czasu grałem w nie tak dużo i tak intensywnie, że jak pomyślę o zagraniu w nie, robi mi się niedobrze. Eksploatowałem je w krótkim czasie tak dużo, że stanęły mi w gardle.
Z nowszych produkcji mam tak na przykład z FITSem. Zagrałem w niego 20 partii w ciągu 3 tygodni i po prostu nie jestem w stanie zmusić się do otwarcia pudełka. Choć wcale nie uważam, że gra jest nudna czy wyczerpał się jej potencjał. Albo patrząc na starsze gry. Ubongo, licząc obie wersje – 49 rozgrywek. Dość, zielony się robię, na myśl, że miałbym dzisiaj w nią zagrać. Suleika – 20 rozgrywek – hik! – ojej tylko nie to. To tylko kilka najbardziej jaskrawych przykładów.
Zacząłem się zastanawiać dlaczego akurat tak jest i do niczego rozsądnego nie doszedłem. Mam przecież w kolekcji inne gry, które równie mocno eksploatowałem i nic takiego do nich nie czuję. Thurn und Taxis (49 rozgrywek we wszystkie wersje), Dominion (39 w obie wersje), Carcassonne: The Castle (38 rozgrywek), 6 bierze! (33 rozgrywki) itd. itd. Spokojnie mogę wziąć z półki każdą z tych gier i sobie w nią zagrać. Bez mrowiącego uczucia w gardle. O co więc chodzi?
Musi chodzić o jakieś subtelne wrażenia, które jakoś kojarzą mi się z daną grą, jej mechaniką czy sposobem rozgrywki.. Jakieś uczucie w stylu kręcenia się na karuzeli, kolejny obrót, kolejny obrót, kolejny obrót, dość! Nie mogę więcej, wysiadam.
Macie tak czasem?
GAMES FANATIC Portal Miłośników Gier Planszowych