Usiedliśmy do stołu samotrzeć – w twierdzy zaszył się Uiek, mając do dyspozycji nieustraszonych, choć nielicznych wojowników, a pod murami rozłożyły swe obozy hordy trolli, orków i goblinów pod dowództwem goblińskiego kaprala Pancha na lewej flance i mnie – trolla w randze generała na prawej flance. Trzewik rozpoczął tłumaczenie.
Bardzo chciałem, żeby ta gra była dobra i to pewnie wpłynęło na mój odbiór. Nie wiem jakie wrażenia odniósłby ktoś nastawiony do gry niechętnie lub choćby nieufnie. Mimo entuzjastycznego podejścia, muszę przyznać, że liczba zasad, wyjątków i zależności mnie nieco przytłoczyła. Przetrwałem dość chaotyczne i niezorganizowane tłumaczenie zasad przez Ignacego, który rozpoczął od opowiadania o detalach, a potem dopiero – nieco już poganiany przez Uieka – przeszedł do podstaw i ogólnych ram rozgrywki. Jednak gdy Ignacy skończył opowiadać – nadal nie wiedziałem co mam robić. Jak zacząć oblężenie? W które miejsce uderzyć? Pierwsza runda zajęła nam bardzo dużo czasu. Trzeba było określić jakąś strategię, podjąć sporo decyzji o miejscach i metodach ataku. Mieć ogólny przegląd sytuacji i możliwości obronnych. Zdać sobie sprawę jakie ja mam możliwości, co prawdopodobnie będzie robił Pancho i jak nasze działania mają się zazębiać. Trzeba było bardzo dużo zrozumieć.
W kolejnych rundach radziliśmy sobie coraz pewniej, choć cały czas miałem wrażenie, że pierwszy kierunek ataku wybrałem dość przypadkowo i w kolejnych rundach tylko zwiększałem napór na tym kierunku. Liczyłem, że jeśli nawet się nie przedrę, to będę wystarczająco absorbował obrońcę. Pancho napierał ze swojej strony, a dodatkowo obaj budowaliśmy wspólnie taran i waliliśmy nim w bramę zamku.
Nasza strategia okazała się skuteczna, wdarliśmy się do zamku w czwartej rundzie i wygraliśmy grę zdecydowaną przewagą. Trzeba jednak przyznać, że obrońca popełnił w tym momencie ogromy błąd, zupełnie odpuszczając jeden z odcinków muru. Przyczyny, jak i sama wygrana nie ma jednak takiego znaczenia, ważniejsze jest że wiemy już jak się gra w Strongholda.
Pora więc wyrazić opinię o kilku wątpliwościach które trapiły dotąd wszystkich komentatorów. Po pierwsze uważam, że na szczęście gra nie powinna zawieść nakręconych na nią graczy. Większość osób chcących dostać świetną grę, o której tyle ciekawych rzeczy napisał Ignacy, taką grę w Strongholdzie zobaczy (a może wręcz wszyscy?). Może znajdzie się kilku malkontentów, rozczarowanych jakimś szczegółem, którego w planszówkach nie cierpią. Może znajdzie się kilku zniechęconych narzekającym współgraczem, albo fatalną porażką. Jednak większość nie powinna być rozczarowana. Mieli dostać skomplikowaną, ciężką grę o oblężeniu, w której dróg do zwycięstwa jest multum i napięcie w grze jest cały czas obecne – i taką właśnie grę dostaną. Zaskoczyć może ich jedynie czas rozgrywki (szacowany na ok. 1h/gracza, czyli przy 4 osobach mogą to być nawet 4 godziny!), albo źle napisana instrukcja (która jeszcze się pewnie redaguje). Zwłaszcza to ostatnie może być bolesne, w grze będzie potrzebna nie tylko wyczerpująca i szczegółowa instrukcja, ale także ściągi dla graczy przypominające sporo szczegółów wpływających na rozgrywkę. Mam wręcz wrażenie, że niemożliwe jest napisanie jej dobrze w te półtora miesiąca jakie zostały do Essen. Jeśli to ma się udać, trzeba porzucić teraz wszelkie testy i skupić się już tylko na instrukcji. Pisać, czytać, dawać do przeczytania, poprawiać, notować niuanse, wyjaśniać i znowu dawać do przeczytania. I tak dalej.
Co do trybu wieloosobowego, to muszę przyznać że rzeczywiście jest on wprowadzony do gry jako dość proste przedzielenie napastnika (i ew. obrońcy) na pół. Ja atakuję z prawej, a ty z lewej i tyle. Smaczkiem jest rozdzielenie dostępnych akcji – każdy z graczy ma do dyspozycji tylko część akcji po swojej stronie i tylko je może wykonywać na swojej części murów. Sięgnięcie do akcji partnera jest możliwe, ale po pierwsze daje dodatkowy czas obrońcy, a po drugie blokuje tę akcję partnerowi. W efekcie lepiej tego unikać i atakować tym co mamy dostępne z naszej strony murów. Nie wiem niestety jak jest po stronie obrońcy – nie widziałem rozgrywki czteroosobowej. Mimo tych ograniczeń muszę przyznać, że grało mi się świetnie i taki pomysł na tryb dla 3 graczy zupełnie mi nie przeszkadzał. Ja taki wariant wieloosobowy kupuję bez zastrzeżeń.
Ostateczne podsumowanie – po rozgrywce nasunęło mi się skojarzenie, które rozgościło się w mojej głowie i już chyba z niej nie wyjdzie. Nie mogę się powstrzymać przed porównaniem Strongholda do Twilight Struggle. Gra Trzewika oferuje bardzo podobne doznania – w trybie dwuosobowym to zmaganie dwóch strategów, w którym szala balansuje na granicy równowagi i nie wiadomo na którą stronę się przechyli. Obaj gracze mają wiele decyzji do podjęcia i wiele sposobów żeby się bronić i atakować. Jest w grze miejsce na zaskakujące manewry, jest w grze też trochę losowości (w Strongholdzie chyba mniej niż w Twilight Struggle). Jest wiele świeżych, odkrywczych wręcz pomysłów. Mamy podobny, kilkugodzinny czas rozgrywki. No i wreszcie dodatkowo Stronghold oferuje też rozrywkę dla trzech i czterech graczy.
GAMES FANATIC Portal Miłośników Gier Planszowych


