Home | Panchostacja – za dużo kostek było w moim życiu

Panchostacja – za dużo kostek było w moim życiu

Gdy w 1994 roku pojawił się w Polsce Warhammer Fantasy Role Play ja byłem gotowy. Z drewnianego pudełka wpatrywało się na mnie kilka K6, dwa K10, K4, K12 i k20. Wszak potrzebowałem ich do przecierania erpegowych szlaków przy Oku Yrrhedesa czy Kryształach Czasu. Jednak dopiero od tej chwili zaczęły żyć pełnią życia i toczyć się  na niezliczonych stołach, przez wiele, wiele lat. Bez przerwy, bez odpoczynku, rozstrzygały czy wypuszczona w czasie konnej pogoni strzała dosięgła czerepu orka, czy uciekający rzezimieszek zdołał przeskoczyć z dachu na dach i złapał się szczęśliwie rynny, czy na szybko wymyślona gadka o łupach i niesprawiedliwości zdołała przekonać typy spod ciemnej gwiazdy do napadu na karawanę. Kości niczym Sąd Boży podejmowały i rozstrzygały wszystkie mikroskopijne decyzje tamtych uniwersów.

Ale lata mijały, kostki się przecierały, ludzie czytali, pisali i szukali coraz więcej sposobów aby zwiększyć przyjemność z RPG i ograniczyć losowość kostek. Szukałem i ja. Pojawił się storytelling, pojawiły się najróżniejsze inne mechaniczne eksperymenty bez (lub z niewielkim użyciem) kostek. Wreszcie nadeszły nowoczesne planszówki i kostki zaczęły być masowo zastępowane przez karty, licytacje i mnóstwo innych, nowatorskich sposobów. Wszystko to przyjmowałem niczym upragnioną jutrzenkę swobody, uwalniającą mnie od ciągłej randomizacji decyzji w grach. Cieszyłem się jak dziecko… bo za dużo kostek było w moim życiu.

Jest rok 2011, Bieszczadkon, trwa partia Labyrinth: The War on Terror. Głęboko ukryta komórka Al-Kaidy, nic nie robiąc sobie ze stacjonujących w Afganistanie niezliczonych agentów CIA, sił specjalnych, nie mówiąc o regularnych wojskach US Army, przekracza granicę, wioząc w stronę Kabulu bombę atomową. Nie ważne, że moi agenci kończyli elitarne szkoły, że nabyli doświadczenie w każdym konflikcie ostatnich lat, że wspiera ich najnowocześniejsza wojskowa technologia na świecie, że mają za sobą przywódcę, który podejmuje rozsądne i sensowne decyzje. Nie ważne. Muszę losować. Mogę co najwyżej zniwelować jedną z dwóch intryg. Pierwsza to bomba atomowa, druga to przykrywa, czyli pudło. Wybieram, niech 1-3 na kostce to będzie anulowanie pierwszej intrygi, 4-6 drugiej, Muszę obserwować jak potoczą się kości i odpowiedzą na pytanie, czy bomba eksploduje i Zachodni Świat otrzyma druzgocący cios dla swojej polityki, czy wręcz przeciwnie – odetchnie z ulgą.

Czas prawie się zatrzymał, kostki obracają się powoli jak gdyby naraz powietrze zamieniło się w smołę, można dostrzec każdy pojawiający się na chwilę wynik na ściankach. Słychać w powietrzu brzęczenie muchy i a na stół spada kropla potu z mojego czoła. Wreszcie kostki się zatrzymują, jest rezultat – bomba nie eksploduje! Całą salę przenika wrzask złości przywódcy Dżihadystów, na tyle silny, że przy sąsiednim stole ktoś opuszcza z przerażenia jakieś żetony na podłogę. Ale pal go licho, przecież i ja staram się dość do siebie. Serce wali jak szalone, z pleców wreszcie schodzi mrożący skurcz, nadchodzi ukojenie. Udało się.

Tylko co z tego? Patrzę na jedną z kart, a tam łypie z wyrzutem na mnie sekretarz Obrony Stanów Zjednoczonych: „Pańczyk, ku**wa, co to było? 500 milardów dolarów przeznaczamy na wojsko, 50 milardów na wywiad, w Afganistanie jesteśmy zabezpieczeni na wszystkie możliwe sytuacje, przewidzieliśmy wszystko, podjęliśmy najlepsze decyzje. I co? Jak w jakimś zaszczanym barze w w Meksyku, siedzimy i wpatrujemy się w brudne kostki toczące się po kawałku starej beczki? I od tego zależy czy nasza decyzja i środki były wystarczające, czy nie? Pieprzę taką robotę, baw się sam!”.

Patrzę na niego, ma facet stuprocentową rację. Dałem się wciągnąć w jakąś loteryjkę, w ruletkę z wiejskiego festynu, w której rzucanie kostkami jest częstsze niż podejmowanie racjonalnych decyzji. Ta cała sytuacja to przecież żart. Żart z poważnych spraw i symulacji międzynarodowych konfliktów. Nie mówiąc o tym, ze już za dużo kostek było w moim życiu.

Jednak czegoś nie mogę zapomnieć. Rzeczywistego napięcia, prawdziwych emocji, które zżerały mnie od środka, realnego zdenerwowania, wreszcie faktycznej ulgi, gdy się jednak udało. Czy coś takiego też czuli członkowie Kolegium Połączonych Szefów Sztabów i prezydent Kennedy, gdy Nikita Chruszczow ustąpił w czasie kryzysu kubańskiego, a świat przestał stać na progu wojny nuklearnej? Pomimo że stały za Amerykanami miliardy wydane na wojsko, wywiad, a decyzje wspierały najtęższe analityczne umysły i najnowsze ówcześnie technologie szpiegowskie, to i tak obserwowali powoli toczące się po stole kostki…

About jenny

Avatar

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

Advertisment ad adsense adlogger